Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego Urząd Marszałkowski Województwa Warmińsko-Mazurskiego

JACKIE. Śmierć i księżniczka - recenzje

Jan Czapliński: Hajdpark. Dzień siódmy

"Jacqueline jako wdowa stała się symbolem żałoby narodowej. Jak zawsze, nawet w smutnych okolicznościach, zaprezentowała elegancję i powagę." - możemy przeczytać w poświęconym Jacqueline Kennedy haśle Wikipedii. "Och Jack, och Jack, kocham cię, łkałam. A co miałam powiedzieć? Trudno przecież wyłgać się w szpitalu jakimś umówionym wcześniej spotkaniem!" - komentuje w potężnym monologu Jackie. Cynizm i bezlitosna ironia to jej jedyna broń przeciwko rzeczywistości zbudowanej na maskulinistycznej matrycy. Jackie potrafi czasem - rzadko - opowiedzieć tę rzeczywistość z innej, zbuntowanej perspektywy radykalnego feminizmu, ale nie potrafi zmienić jej zasad. Istnieje niesamodzielnie, zawsze wobec mężczyzn, zapośredniczona przez przygotowane dla niej (kobiety, żony, matki) schematy, zhiperbolizowane za sprawą pełnionej przez nią szatańskiej roli - żony prezydenta i wdowy po prezydencie. A żeby wszystko było jasne, zmienione zostało nawet imię prezydenta - Jackie nie jest już zdrobnieniem od Jacqueline, tylko pozostałością po (powinnością wobec) Jacku.

Jackie wypełnia przygotowane dla niej szablony najlepiej jak potrafi, ale jednocześnie straceńczo próbuje badać ich granice. Weronika Szczawińska dała Jackie zdecydowanie więcej przestrzeni do manewru, niż czyni to Jelinek. W "Dramatach księżniczek" Jackie jest właściwie tylko i wyłącznie "obrazem" - pod wytworzonym na mocy społecznych oczekiwań zbiorem zachowań i poglądów nie ma już nic. Tymczasem Jackie Mileny Gauer świadomie mocuje się z narzucaną jej formą - z językiem, z teatrem, z rolą wyznaczniczki światowej elegancji. Sprawdza, ile wolności uda jej wywalczyć. Gauer cedzi słowa i sylabizuje, jakby właśnie nauczyła się mówić, by za chwilę wypluwać z siebie monolog z szybkością karabinu maszynowego. Porusza się pewnie, gra własnym ciałem - trzymając się za piersi, lub klepiąc się po pośladkach - by za chwilę tarzać się po podłodze jak mała dziewczynka i wstydliwie zasłaniać odsłaniane przy fikołkach krocze. Pogwizduje sobie beztrosko pod nosem, by za chwilę się popłakać. Z jednej strony wpakowuje sobie do gardła wielkie dildo, z drugiej - (w genialnej scenie) inscenizuje śmierć Kenedy'ego, jakby bawiła się samochodzikami. Potrafi wykorzystać chłopięcą zabawę (dziewczynki bawią się przecież lalkami), wyprowadzić z niej dogmat "męskości" i subwersywnie obrócić ją przeciwko męskiej narracji "śmierci wielkiego człowieka".

W związku z tą świadomością, spektakl Szczawińskiej tylko pozornie wydaje mi się spektaklem o dotkliwej, okrutnej nieobecności człowieka, którego nie tyle nie widać spoza formy, ale którego poza tą formą po prostu już nie ma. Jackie bowiem - po godzinnej walce - ładuje się w przygotowaną dla niej de-humanizującą formę całkiem świadomie. Niewinnie nucąc "Gwiaździsty sztandar", robi wielkie sprzątanie - na scenie nie pozostaje nic, poza wielką trumną z napisem "Dead Kennedys". Ściany trumny to szablony wypełnione figurą Jackie ubraną w swoje najsłynniejsze kreacje - posłużyło to klarownemu politycznemu komunikatowi, bo widzimy nie ubrania, a artystyczne kolaże: pokawałkowane części kobiecych ciał na jednym, rozlaną czerń na drugim. Jackie wchodzi do środka, spoza szablonów widać tylko jej twarz - dokonuje absolutnego zamknięcia-się w formie. Ale jawi się to raczej jako rytualne samobójstwo, założycielski mord na samej sobie. Niby została tylko forma, ale już wiemy, co może ją od środka rozsadzić - trzecia fala nadpływa. /.../

wróć ››